|
Braci Piotra i Pawła Drewniaków, w 16 batalionie
powietrznodesantowym w Krakowie wszyscy dobrze znają. Są jedną z dwóch par
bliźniaków w jednostce. Służą na tej samej kompanii, jako starsi szeregowi na
stanowisku strzelców. Początkowo, jak to zazwyczaj bywa w przypadku
jednojajowych bliźniaków, nikt ich nie odróżniał i jedynie dzięki temu, że
służą w dwóch różnych plutonach dowódcy nie mieli problemu z postawieniem zadania
właściwej osobie.
Pochodzą z małej miejscowości Leopoldów k. Hrubieszowa.
Tam kończyli tę samą podstawówkę i technikum, mieli tych samych przyjaciół,
takie samo patrzenie na świat i identyczne plany zawodowe – chcieli być
żołnierzami. Dzięki koledze, który powiedział im o przyjęciach do desantu od kilku
już lat służą w „szesnastce”. Na misji są po raz pierwszy.
Co
skłoniło Was do wstąpienia do wojska razem?
-
Od „zetki” byliśmy
razem. Wszystko robiliśmy zawsze razem. Zawsze tak chcieliśmy. Blisko siebie.
Dobrze się razem czujemy.
Czy
zawsze jesteście jednomyślni?
-
No nie. Czasami nasze
zdania się różnią. Ale w tych życiowych decyzjach zawsze konsultujemy się ze
sobą.
A
kłócicie się?
-
Nie. Raczej nie. Trochę
jak byliśmy młodsi to tłukliśmy się [śmiech], ale to wyszło nam tylko na dobre.
Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nie opłaca się stać przeciwko sobie. Lepiej
jest walczyć w jednym „teamie”.
Kto
jest starszy?
-
Piotrek.
O
ile?
-
O 10 minut.
Piotr,
wykorzystujesz to czasem?
-
Tak. Jak coś chcę od
Pawła [śmiech].
Paweł...?
-
Pozwalam mu czasami tak
myśleć, a niech sobie pobędzie czasami tym starszym bratem [śmiech].
Piotr,
miałeś ciekawą historię z Twoim ślubem, tak?
-
Tak. Trochę terminy nas
zaskoczyły. 19 kwietnia miałem swoje wesele, a 24 wyleciałem do Afganistanu.
Jak
to przeżyła Twoja żona?
-
Ciężko jej było. Dla
obydwojga z nas było to wielkie przeżycie i zamiast się tym cieszyć to
musieliśmy się rozstać. No, ale to tylko pół roku. I całe szczęście, że czas
szybko mija.
Pawle,
na Ciebie czekają w kraju dwie najważniejsze w Twoim życiu kobiety? Trudno było
Ci je zostawić?
-
O tak. Tęsknię bardzo.
Żona mówiła, że „Mała” czasem budzi się w nocy i woła: „Tata”. Wtedy łza się
kręci w oku...
Jak
rodzice zareagowali na fakt, że ich dwóch synów jedzie na wojnę?
-
Martwili się. To
normalne. Oczywiście były pytania, a po co my tam jedziemy, lepiej żebyśmy
zostali w kraju, itp. Ale my już
podjęliśmy wcześniej decyzję, że jedziemy.
Czy
na patrole wyjeżdżacie razem?
-
Na początku jeździliśmy
na jednym wozie, bo jesteśmy w jednej drużynie. No, ale później to sobie jednak
przemyśleliśmy, że to mało roztropne...i już jeździmy w oddzielnych pojazdach.
Czy
czujecie niepokój, gdy nie działacie ramię w ramię?
-
Raczej tak. Tylko
staramy się o tym po prostu nie myśleć. Podczas ostatniej akcji, gdy wpadliśmy
w zasadzkę to jednak trochę się o „Braciaka” [Pawła] martwiłem, bo on utknął z
chłopakami tam w polu. No, ale jak go zobaczyłem całego i zdrowego to miałem
ochotę podlecieć i go wyciskać [śmiech].
Paweł,
a Ty co czułeś będąc po drugiej stronie?
-
O! Wiele by mówić... O
siebie się nie bałem, o Piotrka też nie tak bardzo, bo wiedziałam, że jest w
takim rejonie, gdzie jest w miarę bezpieczny. Bałem się o kolegę. Dostał. Leżał
we krwi. A, gdy widzisz jak ci kolega dostaje, to ty sam schodzisz na drugi
plan. Myślałem tylko o tym, co tu zrobić żeby go stamtąd wyciągnąć. Jak go
wydostaliśmy spod ognia i odciągnęliśmy w bezpieczne miejsce, to od tego
momentu trzymałem go cały czas za rękę. Puściłem go dopiero przy śmigłowcu
Medevac.
Czy
macie jakieś przeczucia w stosunku co do siebie?
-
Tak
rzadko się rozdzielamy, że w sumie nie mieliśmy okazji sprawdzić...No, może
raz. Pamiętam [Paweł], jak byliśmy chyba w szkole średniej i Piotrek poszedł na
dyskotekę. Wtedy całą noc nie mogłem spać, bo miałem przeczucie, że coś złego
się działo z Piotrkiem. I przeczucia mnie nie myliły. Była tam wtedy jakąś
bójka i Piotrkowi się oberwało.
Czy
mówicie czasami „ja”, czy zawsze „my”?
-
Zawsze „MY”!
Piotr, pamiętasz sytuację, gdy wylecieliście na „ajdiku” [IED
– improwizowane urządzenie wybuchowe] na „Markecie”. Czy byłeś
zaskoczony swoją reakcją?
-
Ważne jest, aby
przyjmować wszystko bez paniki, na spokojnie. Wiadomo, że ma się chłopaków koło
siebie i, że ktoś pomoże. W wojsku nigdy nie jest się samemu i nigdy nie działa
się w pojedynkę. Stres przy tym jest obecny, ale trzeba trzeźwo myśleć. Tutaj w
Afganistanie trudno jest cokolwiek przewidzieć. Talibowie działają tu
nieregularnie. To partyzantka. Jedziesz, nie spodziewasz się, że zaraz wylecisz.
W żaden sposób nie możesz się przygotować na wybuch, to jest zaskoczenie. I
chyba fakt, że nie znasz dnia i godziny jest najgorszy. Dobrze, że w sumie nic
nikomu się nie stało. Tylko trochę piszczało w uszach.
Tego
się spodziewaliście jadąc tutaj?
-
Nie. Miałem nadzieję,
że będzie wszystko w porządku, że wszyscy wrócimy [Paweł].
Czy
wierzycie w Wasze podwójne szczęście?
-
Czy ja wiem...?
Wierzymy, w siebie nawzajem. Wierzymy, że jak będziemy trzymać się razem, to
szczęście przyjdzie samo.
Na
misję chcieliście jechać razem?
-
Tak. Powiedzieliśmy
sobie, że jak pojedziemy na misję, to tylko razem. Nie chcemy się rozdzielać.
Czy
na kompanii mylili Was koledzy, przełożeni? Mieli problem w rozróżnieniu Was?
-
Tak. Kiedyś byliśmy
identyczni. Tylko później mojemu bratu [Piotrkowi] „zgrubło” się [śmiech].
Jestem tą większą połową naszego duetu [Piotr i też śmiech].
Jakie
macie marzenia?
-
Marzenia? Mieszkanie i
zostać na stałe w wojsku. Aha... I skakać na sterowanym [typ spadochronu, np.
AD 2000]. I chyba najważniejsze na dzień dzisiejszy - wrócić stąd razem do
domu.
Rozmawiała:
kpt. Katarzyna Szal
Zdjęcia: kpt. Katarzyna Szal/archiwum 4 Corners
|